PANI PUCHAŁA I JEJ PODRÓŻ SENTYMENTALNA DO BARYSZA

puchala 0Choć urodzona w Piersnie, Stanisława Puchała, z domu Wolska, postanowiła spisać dzieje Barysza. Miejscowości na Kresach, skąd pochodzili jej rodzice. W sentymentalnej podróży do kraju swoich przodków autorka przedstawia historię Barysza, trudne losy mieszkańców i kresowe tradycje.

 

Tegoroczny cykl rozmów z ciekawymi osobami z terenu powiatu średzkiego rozpoczynamy od Stanisławy Puchały. Podczas spotkania z autorką i jej siostrą, pasja z jaką autorka opowiada o Baryszu, ciężkich losach tamtejszej ludności, zachwyca, zaciekawia i sprawia, że rozmówca pragnie sięgnąć po świeżo wydaną książkę pani Stanisławy “Kresowy Barysz i okolice”.

Urodziła się Pani w Piersnie. Skąd zatem książka o Baryszu?

Książkę napisałam z kilku powodów. Moi rodzice, podobnie, jak wielu mieszkańców Kulina, Cesarzowic, Piersna, skąd pochodzę, przybyło do powiatu średzkiego z Barysza. W trakcie zbierania materiałów do książki okazało się, że również w Bukówku, Krynicznie, Komornikach i Szczepanowie, mieszkają ludzie z tarnopolszczyzny. Kilka rodzin zamieszkuje również Przedmoście, Rakoszyce i Źródła. I to był ten pierwszy powód. W trakcie podróży sentymentalnej na Kresy, jaką odbyłam jakiś czas temu, z przykrością zauważyłam, że likwidowane są ślady polskości, zarastają cmentarze, że wiele zabytków znajduje się w ruinie. Kiedy przyjechałam na Podhajec w kościele rosły brzozy, a garstka Polaków odnowiła zakrystię, w której się spotykają. Wspaniały niegdyś dominikański kościół w Jazłowcu ,też był bez dachu i z odsłoniętymi freskami. Nie mogliśmy również znaleźć mogiły mojej babci i 134 osób, ofiar brutalnego mordu. I to był kolejny impuls i postanowienie, że moja książka będzie papierową tablicą pamięci ofiar. Wszystko to razem - historia słyszana w domu, moje wykształcenie historyka, choć przez lata byłam poza zawodem, opiekując się niepełnosprawnym synem, sprawiły, że podjęłam decyzję o napisaniu książki.

Jak wyglądała Pani praca nad książką?

Pracowałam nad nią w okresie zimowym, bo moją pasją są również kwiaty i ogrody. I kiedy mój mąż przeszedł na emeryturę i zajął się rehabilitacją naszego 30-letniego syna chorego na porażenie mózgowe przyszedł czas, kiedy mogłam zająć się książką. Po powrocie z Kresów, zaczęłam jeździć po okolicach, rozmawiać z najbliższymi, którzy pamiętają przedwojenne czasy. Zaczęłam czytać książki poświęcone tym czasom. I tak powstała moja książka. Spotkania z mieszkańcami Barysza pozwoliły mi nie tylko na spisanie wspomnień, ale również na odkrycie ciekawych pamiątek. Jedną z nich jest zdjęcie, które widzimy na okładce. Przedstawia ono między innymi pana Chmielewskiego, który mieszkał w Piersnie. Z fotografią związana jest bardzo ciekawa historia. Moja mama była na robotach w Niemczech i spotkała swoich kolegów wracających z robót. Wszyscy byli w euforii, bo skończyła się właśnie wojna i zrobili sobie zdjęcie, które ofiarowali mojej mamie. Odnalazłam je w trakcie zbierania materiałów i pomyślałam, że będzie to wspaniały łącznik czasów przedwojennych i czasów obecnych.

Kiedy rozmawiałam z panem Franciszkiem Burdzym, autorem “Zeszytów Łukowieckich” na temat procesu gromadzenia informacji i przedmiotów z Łukowca, pan Franciszek wspominał, że mieszkańcy bardzo chętnie z nim rozmawiali na temat Kresów. Czy Pani na swojej drodze również spotkała życzliwe osoby? Czy mieszkańcy chętnie z Panią rozmawiali?

Bardzo chętnie opowiadali o tamtych czasach. W trakcie moich poszukiwań, skontaktowali się ze mną również ludzie z różnych stron Polski i z zagranicy. Z Krakowa otrzymałam 12 akwareli z Buczacza, z Bytomia różne fotografie. Dowiedziałam się również, że jeden z mieszkańców Legnicy drogą prawną chciał w miejscu mordu 135 ofiar postawić pamiątkową tablicę. Pisał w tej sprawie do IPN-u i odpowiednich agend rządowych. Po konsultacjach przysłano projekt pomnika, jednak wniosek utknął gdzieś w Tarnopolu. Dowiedziałam się, że mieszkańcy Krzelkowa z powiatu ząbkowickiego uzyskali zgodę od chołowy (wójta) Barysza na umieszczenie tablicy nagrobnej z napisem: “Tu spoczywa 135 osób, które zginęły, tragicznie.” Ale przyczyn tej tragedii ona nie wyjaśnia. Ponadto tablicę z Polski wwieziono na Ukrainę w ukryciu. Z jednej strony nie możemy podać przyczyny pomordowanych 135 Polaków, z drugiej zaś przy wielu mijanych kapliczkach na tamtym terenie widziałam flagi banderowców. I to mną wstrząsnęło i dopingowało do napisania książki.

Czyli z jednej strony kierowała Panią chęć zachowania pamięci, z drugiej zaś bunt i sprzeciw wobec sytuacji.

Tak. Sprzeciw i dążenie do poznania prawdy. Historie, jakie usłyszłam, były tragiczne. W ostatnim rozdziale opisuję przeżycia w trakcie podróży do nowych miejsc, gdzie osiedlili się Polacy, a także ich radości i dramaty na Dolnym Ślasku. Jedną z opowieści, jaka utkwiła mi w pamięci, była historia jednego z repatriantów, który przyjechał do Kulina. Tam stacjonowały wówczas wojska radzieckie i żołnierze byli pijani. Wygnańcy po wojennych doświadczeniach od Sowietów i Niemców, byli ostrożni i chcieli ocalić przywieziony dobytek, dlatego postanowili schować krowy w piwnicy. Część Polaków pilnowała tego dobytku. W nocy przyszli żołnierze sowieccy, zastrzelili pierwszego siedzącego człowieka, zabrali krowę i upiekli ją na ognisku. Po wszystkich trudnościach wojennych i przejściach związanych z repatriacją, w pierwszą noc w Kulinie rodzina straciła ojca rodziny. Inni opisywali jak w 1945 roku wyglądała Środa Śląska. Pan Kroczak opowiadał mi, że z kolegą Podulką przyjechali pociągiem, bo dowiedzieli się, że w tym powiecie jest ich rodzina. Oni wracali z wojska. Wysiedli na stacji PKP w Szczepanowie, a kasjerka ostrzegała ich, że nie mogą w nocy iść do miasta, bo grasują bandy, niedobitki armii niemieckiej. Kiedy rano przyszli do Środy zauważyli, że na ulicach leżało mnóstwo gazet, a miasto wyglądało tak, jakby niedawno przeszedł front. Skierowali się ulicą Świdnicką w dół i doszli pod Ciechowa. Naprzeciw szły kobiety na targ, a wśród nich siostra jego przyszłej żony. Równie niesamowitą historią przeżył pan Galik. Kiedy przywieziono jego bliskich do Lubania, usiadł z innymi osobami przy ognisku, by zagrzać się i upiec coś na ogniu. Nagle patrzy, a z naprzeciwka idzie jego brat, który na wojnie został ranny i właśnie wyszedł ze szpitala. I tak naprawdę, gdyby pan Galik nie siedział akurat wtedy przy ognisku, nie spotkałby swojego brata.

Jakie jeszcze informacje znajdziemy w Pani książce?

Na początku umieściłam mapę tarnopolszczyzny, jako że ongiś było pograniczem państw, pograniczem dwóch regionów. Do tego województwa należał powiat buczacki. Pierwszy rozdział mojej książki poświęciłam ziemi buczackiej obfitującej ongiś w liczne zameczki, a historia tamtych terenów dotyka głęboko naszego narodu. Pisałam o historii dawnej i tej bliższej naszym czasom.Postanowiłam sięgnąć do etnografa Oskara Kolberga, gdyż w 46 tomie jego dzieł, odnajdujemy Barysz w tamtejszych strojach i pieśniach. Postanowiłam o nich wspomnieć, gdyż tradycje, o których wiedziałam z opowieści usłyszanych w rodzinnym domu zanikły, a nowe, tworzone regionalizmy nie zawsze nawiązują do naszej historii. Zbierałam i spisywałam pieśni, jakie śpiewano przed wojną. Dlatego w książce znajdziemy opis tradycji i zwyczajów, strojów i kuchennych zapachów. Opisałam tragiczną noc napadu UPA. Musiała to być straszna trauma, skoro jak mi mówili moi rozmówcy, przychodzi do nich do dziś w snach. Część książki została poświęcona genealogii. Chciałam spisać jak największą liczbę rodzin i mieszkańców Barysza, gdyż około 5 tys. Polaków zamieszkujących miejscowość rozrzucono po całej Polsce. Tamtejsze rodziny osiedlono w powiecie średzkim, złotoryjskim, jaworskim, ząbkowickim, dzierżoniowskim, lubańskim, wrocławskim, na Opolszczyźnie, w Krakowie i na Ziemi Lubuskiej.

Czy jest Pani usatysfakcjonowana książką? Czy spełnia wszystkie Pani oczekiwania?

Pewnych kwestii nie mogłam ująć, żeby się zbytnio nie rozdrabniać. Na przykład zbyt wąsko ujęte zostały losy rodzin ziemiańskich na tych terenach. Chciałabym napisać jeszcze na ten temat artykuł dla Stowarzyszenia Buczaczan we Wrocławiu, do którego należę. Uzyskałam nowe wiadomości, poznałam nowe historie, odnalazłam właścicieli majątków. Kolejny, szerszy artykuł chciałabym jeszcze napisać o Szkole Młodszych Ochotniczek, która powstała przy armii Andersa, a o której wspominam w książce. Praca nad książką umożliwiła mi poznanie wielu ciekawych historii i wielu ciekawych ludzi. Dowiedziałam się np., że jedna z zakonnic z Barysza była kucharką papieża Jana Pawla II, a papież kiedy był jeszcze w dobrym zdrowiu, przychodził do kuchni i mówił żartobliwie: “Ej, Ukrainka zaśpiewaj mi ukraińskie kolędy.” I ona śpiewała.

Czego możemy Pani życzyć?

Chciałabym, aby Polacy znali historię swojego kraju, bo jest ciekawa. My żyjemy między przeszłością, a przyszłością, a teraźniejszość jest ulotną chwilą. Albo jesteśmy we wspomnieniach, albo w marzeniach. Żyjąc teraźniejszością możemy ją kształtować, bo przyszłość jest nieznana. Ale żeby kształtować, musimy znać przeszłość. Chciałabym również napisać historię Piersna, skąd pochodzę.

Rozmawiała Iza Szczygieł fot. wk, isz{jcomments on}

puchala 005

6 lutego w Bibliotece Publicznej w Środzie Śląskiej odbyło się spotkanie autorskie z panią Stanisławą.

puchala

puchala 001

puchala 002

puchala 003

puchala 004

Komentarze (0)

Nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy

Skomentuj

  1. Komentujesz jako gość.
0 Znaków
Załączniki (0 / 3)
Udostępnij swoją lokalizację