ŚREDZIANIE W PODRÓŻY DOOKOŁA ŚWIATA - WYSPA ŚW. HELENY

staniulCo słychać u naszych podróżników? Wiele się dzieje! Zgodnie z zapowiedzią przedstawiamy kolejną relację z żeglarskiej podróży okołoziemskiej zorganizowanej przez Annę Kotapską i Tadeusza Staniula ze Środy Śląskiej.

 

 

 

 

Etap I . Kapsztad – Atlantyk południowy – wyspa Świętej Heleny.

Odprawa celna, imigracyjna etc. zrobiona. Stos kwitów opieczętowany – możemy ruszać. Musimy wyjść przed północą w czwartek bo żeglarze, naród zabobonny, w piątek nie wychodzą w morze.

Udało się. Wiatr odkręcił na właściwy kierunek i cumy precz. Teraz tylko ocean i my. Jacht Venator i dwuosobowa załoga.

Przez pierwsze kilka dni towarzyszą nam foki. To niebywałe , że te urocze stworzenia kręcą się samotnie po oceanie nawet 100 mil od brzegu. Trochę nieśmiałe, bo gdy się na nie spojrzy natychmiast dają nura i z wody wystaje tylko płetwa ogonowa niczym nóżka tancerki i fika na boki.

Wiatr początkowo słaby wzmaga się i wieje niezbyt korzystnie. Zbyt późne zarefowanie powoduje, że mamy robotę – szycie żagli. Ogromne fale niczym stodoły odkładają nam pracę na jakiś czas. Czasem wspinanie się na szczyt takiej góry wody, a potem szaleńczy zjazd w ciemności na dół, powoduje skok adrenaliny.

Spojrzenie w bok – a tu ściana wody. Gdyby spadła na jacht – zmiotłaby wszystko. Jest na szczęście pełnia i księżyc daje orientację gdzie niebo, a gdzie ocean. Po kilku dniach wreszcie trafiamy na passat. Wieje równo z rufy. Stawiamy na bomach dwa przednie żagle i niczym gigantyczny motyl suniemy przez pustkę. Przez 10 dni żadnego statku. Czasem stadko delfinów w pośpiechu, jakby przy okazji, nurkuje wokół jachtu ale i one znikają zamyślone swoim odwiecznym rytmem wędrówek. Wyrzucona wędka przynosi rybę . To koryfena. Zielonkawa i połyskująca w ciągu godziny trafia na obiad. Wystarcza jeszcze na kolację.

Następny dzień znów zapowiada wędkarską walkę, bo białawy kształt przypomina brzuch tuńczyka. Nie można zwolnić, więc wybieranie linki zajmuje czas i energię. Kiedy zdobycz przytarganą do rufy okazuje się, że to wielki ptak. Żyłka zawinęła mu się wokół szyi i udusiła pierzastego. Zwijam wędkę i dajemy spokój. Mamy żal do siebie. Nieświadomie zamordowaliśmy naszego towarzysza podróży – takiego samego tułacza jak my, po morskich przestrzeniach. Prędkości dochodzą do 11 węzłów więc zbyt szybko, aby coś złowić.

Wreszcie 18 dnia rejsu wysokie skały St. Heleny. Nie ma tam portu dla statków tylko kotwicowisko. Cumujemy na wystawionych bojach i kontaktujemy się z Control Port przez radio. Oprócz nas stoi jacht z RPA i wędrownik –serwisownik, który pontonem zaproponował usługi serwisowe w każdym zakresie - naprawy, dostawa. Dowiadujemy się, że dziś to dzień urodzin królowej angielskiej więc jest holliday - wszyscy mają wolne. Ogarniamy się za godzinę, 2 dwa kubki wina, wsiadamy w małą łódź – ferry , która za funta od łebka wozi do brzegu.

Ruszamy do contrl portu, policji i wypełniamy część kwitów na przybycie. Reszta jutro. Ruszamy w miasto, ale rzeczywiście wszystko zamknięte. Ale baczne oczy załogi zawsze wytropią jakiś bar i za chwilę już siedzimy przy stolikach. Problem jest taki, że nie ma na całej wyspie bankomatu, a skąd tu funty? Wtajemniczamy w sekret barmana i otwiera nam rachunek w barze. - Jutro zapłacicie – mówi pożyczając nam 40 funtów helleńskich na internet w sąsiednim hotelu, bo tam nas nie skredytują. Jak tu nie lubić takiej wyspy?

Internet, niestety, drogi jak cholera. Za 0,5 h 17 zł. Próby kontaktu przez komunikatora w telefonie skończyły się sukcesem tylko połowicznie. Jedynie córka odebrała kilka zdań. Limit się skończył, bo liczy się czas, a nie przesył. Daliśmy spokój – jutro spróbujemy z kompa w pubie Ann Place.

Ruszamy na schody zwane drabiną Jakubową. To 698 schodków do nieba. Mnie chyba ono nie pisane, bo po 40 dałem sobie spokój. Co ja – alpinista? Daniel poszedł dalej i nawet zszedł!

Wyspa urocza. Zamieszkuje ją 4500 ludzi. Co ciekawe, że samochodów jest więcej, bo widzieliśmy rejestracje z numerem 5600. Może jutro odwiedzimy jakieś muzeum, a może tylko jakieś piwko i net.

Jest tu dom, w którym przebywał do śmieci Napoleon Bonaparte. Na ulicach stoją zabytkowe armaty o dużym kalibrze. To ślad obecności silnego garnizonu korony brytyjskiej. Wyspę zamieszkują Brytyjczycy, potomkowie przybyszów z Indii, Chin i niewolników z Afryki. Podróżnicy i żeglarze kiedyś wyspę wykorzystywali w celu zaopatrzenia w mięso żółwi, wodę i... pranie gaci. Zajmowały się tym żony rybaków. Zaopatrzenie na wyspę dowoził do stycznia br., w miarę regularnie, statek z Kapsztadu, ale skończył się i mieszkańcy zostali w żalu po nim. Ślad po tym nawet w wielkim napisie na ścianach fortyfikacji obronnych. Ceny produktów budzą zgrozę. Część towarów nawet 3-4 krotnie wyższe, niż w Polsce. Ale transport jest drogi...

Mieszkańcy są sympatyczni . Pozdrawiają nas na każdym kroku jakbyśmy byli od lat znajomymi.

Ruszamy w stronę naszego „promu”. Gdy jest fala, wsiadanie odbywa się w slipkach i na linach . Na jachcie czeka nas złowiona rano ryba i wino z Cape Town. A może i szklaneczka rumu... I pierwsza noc przespana bez pobudek na wachty. Za nami 2200 mil.

Z pokładu jachtu Venator pozdrawia redakcję Rolanda i średzian
kpt Tadek Staniul

P1150188aaa

DSC01777aaa

DSC01870aaaa

DSC01879aaa

P1150231aaa

P1150266aa

P1150297aaa

Komentarze (0)

Nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy

Skomentuj

  1. Komentujesz jako gość.
0 Znaków
Załączniki (0 / 3)
Udostępnij swoją lokalizację