Dom przy Wrocławskiej i szafa pełna wspomnień. Opowieść mieszkańca Środy Śląskiej
Jak wyglądała Środa Śląska kilkadziesiąt lat temu? Jak mieszkali jej mieszkańcy, jakie przedmioty codziennego użytku ich otaczały i jakie rodzinne zwyczaje przekazywano z pokolenia na pokolenie? Odpowiedzi na te pytania często kryją się nie w podręcznikach historii, lecz we wspomnieniach osób, które były świadkami tamtych czasów.
Publikujemy kolejną część wspomnień Wojciecha Kopacza – mieszkańca Środy Śląskiej, który z dbałością o szczegóły przywołuje obrazy rodzinnego domu swoich dziadków. To opowieść nie tylko o meblach, garderobie i dawnych obyczajach, ale przede wszystkim o ludziach, pamięci i świecie, którego już nie ma…

Szanujmy wspomnienia – SZAFA
Dawno temu – lata 60. XX wieku. Późna jesień, wieczór. Szliśmy odwiedzić dziadków z siostrą Jolą. Jaroszowie, rodzice mamy, mieszkali w domu na końcu miasta – ul. Wrocławska 39. Ostatnia latarnia przy drodze do cmentarza, kołysząc się pod wpływem wiatru, rzucała surrealistyczne cienie. Baliśmy się tego miejsca. Strasznie to wyglądało, jak w filmie Alfreda Hitchcocka „Psychoza”. Ale byliśmy bezpieczni, była przy nas Mama.
Natomiast latem, po zajęciach szkolnych, sam odwiedzałem babcię i dziadka. Z „Tysiąclatki” było blisko. A tam, na ganku drewnianym, witał mnie dziadek, którego na powitanie całowałem w rękę – babcię zresztą też. Taki staromodny gest szacunku. Jakiś czas potem dziadek uznał, że od tej pory będziemy się witać tylko przez silny, męski uścisk dłoni. Nadszedł też czas, że zaproponował mi wypicie razem małego kieliszka nalewki własnej roboty, widząc wąsy na mojej twarzy. Babcia, jak zwykle, częstowała mnie kresowymi przysmakami, których mama już nie robiła.


Po powitaniu na ganku przechodziło się przez sień i wchodziło do ciemnego holu, gdzie koło drzwi stał parasolnik z parasolami i laskami dziadka. Dziadek chodził z laską dla elegancji, mody i statusu społecznego, ten zwyczaj kultywował przez całe swoje życie.
Z holu można było wejść do 3 pokoi oraz kuchni, w której stała emaliowana kuchenka węglowa, tzw. „Westfalka”, blat roboczy, był też żeliwny zlew z kranem. Duży kredens kuchenny pomalowany na biało, stół i 3 krzesła oraz kanapa-leżanka. Nad drzwiami w kolorze oliwkowym lambrekin wzorzysty z frędzlami. Z boku drzwi prowadzące do małej spiżarni.
Pamiętam, że w kuchni na parapecie okiennym stał słój z pijawkami, które babcia stosowała na różne schorzenia, i metalowa foremka z popiołem drzewnym, do którego po zabiegu trafiały pijawki.
Pokój z widokiem na ulicę i ogród, to pokój stołowy z wykuszem. Umeblowany, jak to w pomieszczeniu jadalnym – stół, krzesła, serwantka, szezlong, wiklinowy wygodny fotel. W lecie, w wykuszu na szybach, uwięzione muchy robiły harmider, próbując się wydostać na „pole”, jak to się mówi w stronach rodzinnych mojego ojca w Bochni. Na małym stoliku kasetka ozdobiona muszelkami znad morza. Kwiaty na stojaku-kwietniku. Duży piec z zielonymi kaflami, a przy nim żeliwny, emaliowany na brązowo piecyk typu „koza”.
Jednak najbardziej ciekawym pomieszczeniem była sypialnia z przeszkloną werandą, w której to werandzie babcia hodowała dorodne asparagusy. Dwa zacne, solidne dębowe łóżka na przeciwległych ścianach, przykryte wzorzystymi kapami ze strzyżonego aksamitu. Przy łóżkach kilimy, a na nich krzyże łacińskie – katolickie. Z boku szafki nocne, na które dziadek mówił nachtkastliki. Nad kilimami portrety babci i dziadka z czasów młodości – duże fotografie w ramach w kolorze starego złota. Obok zdjęcie dziadka z czasów I wojny światowej, gdy służył w Cesarsko-Królewskiej Armii Austro-Węgierskiej. Zegar wiszący, przywieziony z Sambora, tak jak większość mebli w mieszkaniu. Stół okrągły przykryty narzutą ze strzyżonego aksamitu w kolorze czerwieni secesyjnej z motywami tygrysów bengalskich.
Sypialnia z pokojem stołowym była połączona dwuskrzydłowymi drzwiami, przy nich skrzynia posagowa babci. Nad drzwiami ozdobne aksamitne lambrekiny z frędzlami. W pokoju były też dwie duże szafy z lustrami.
Zapamiętałem to, co mieściła szafa dziadka. Ale dopiero wtedy, gdy pożegnaliśmy Go, gdy po „imieninach” u przyjaciółki rozchorował się i zmarł w wieku 81 lat. Babcia postanowiła sprzedać dom i zamieszkać u córki Zofii Wilhelmi w Sobótce. W związku z tym trzeba było pozbyć się niektórych rzeczy, obdarowując rodzinę i przyjaciół. Część tej oryginalnej garderoby trafiła do chrześniaka dziadka Stanisława Króla, z którego ojcem Michał Jarosz przyjaźnił się od czasów kawalerskich w Samborze.
Porządkując pokój, otworzyłem szafę dziadka! I ze zdumieniem przeniosłem się w lata 20./30. XX wieku.
Co zobaczyłem? A więc...
Czarny smoking z jedwabnymi klapami i spodnie z lampasami oraz nakładka smokingowa – bib front. To taki dodatkowy kawałek nakrochmalonego materiału, zapewniał on nienaganny, sztywny wygląd koszuli. Parę garniturów w tenisowy prążek, letni garnitur z lnu, do tego kapelusz typu Panama. Oraz szary, czarny, beżowy i brązowy kapelusz filcowy typu Fedora. Kiedyś mężczyźni przeważnie chodzili po mieście z nakryciem głowy – ci eleganccy zawsze. Buty – piękne skórzane polskie oficerki, do tego bryczesy letnie i zimowe z tweedu, półbuty wizytowe wiedenki – oxfordki. Wszystkie buty były w prawidłach drewnianych. Płaszcze fasonu Trencz, Chesterfield, płaszcz zimowy z futrzanym kołnierzem oraz kurtki typu bosmanka-militarna z karczkiem (back yoke). Jedną w kolorze musztardowym, ze sztruksu, zabrałem do domu i nosiłem przez parę lat. W latach 70. XX wieku chodziłem w kurtce z lat 20. i hippisowskich spodniach „dzwonach”. Bardzo mi to pasowało.
Ale do tej pory z garderoby dziadka zachowała się jedynie apaszka z jedwabiu w czarno-żółty wzór w stylu art deco, którą noszę od czasu do czasu, a nosił ją przecież mój dziadek w latach 20. XX wieku.


Jak o tym piszę, to zastanawiam się, ilu współczesnych „gentlemanów” może pochwalić się taką dandysową szafą. No bo dres, polar, adidasy, bejsbolówka – na co dzień i od święta oraz ten Streetwear, to coś całkiem z innej bajki.
Dlatego: Szanujmy wspomnienia – jak śpiewali Skaldowie.
Co było, to było, co może być – jest,
A będzie to, co będzie.
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią.
(Ja ciągle wracam pamięcią do Środy Śląskiej, Bochni i Sambora.)
Woytek Kopacz
Podziel się w społecznościach
Miejsce na Twoją reklamę
tel. kom. +48 500 027 343





